FORUM.mazury.info.pl - Absolutnie wszystko o Mazurach


Forum MAZURY.INFO.PL Strona Główna Forum MAZURY.INFO.PL
założone 15 maja 2008r.

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: mazury.info.pl
2011-03-11, 22:54
Statkiem z Niemiec na Mazury
Autor Wiadomość
aa1975
Adam

Pomógł: 9 razy
Dołączył: 11 Kwi 2009
Posty: 823
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2010-06-28, 12:59   Statkiem z Niemiec na Mazury [Cytuj]

Moim zdaniem świetny tekst i zdjęcia. Znalazłem to przypadkiem. Tekst opisuje perypetie podczas sprowadzania pewnego statku wycieczkowego z Niemiec na Mazury drogami wodnymi w tym roku, czyli 2010. Tekst ciekawy dla zainteresowanych polskimi drogami wodnymi i ich stanem. Z tego powodu uznałem że jest warty wklejenia go tu. Poza tym prawdopodobnie statek ten zobaczymy wkrótce na Mazurach, dobrze wiedzieć jak tu dotarł. Oryginał jest na portalu "Żagli" podzielony na trzy części, podaję poniżej linki do źródeł oraz wklejam tekst, ale warto tam mimo to zaglądnąć, ze względu na galerie fotek z wyprawy, w każdej części są inne fotografie odpowiadające danemu etapowi rejsu.

Źródło Część I
Źródło Część II
Źródło Część III

Poniżej jako cytat połączone wszystkie trzy cześci.

Cytat:
Piotr Stelmarczyk ze Szczecina przysłał do nas niezwykle interesującą historię przepłynięcia statkiem rzekami i kanałami z miasta Halle w Niemczech do Piszu na Mazurach! Prezentujemy pierwszą część opowieści napisanej ręką Marcina Świrzewskiego.

Podjęliśmy się dostarczyć statek na Mazury, przepływając nim z miasta Halle w Niemczech do Piszu. Obiekt ma wymiary: 36m dł. 6,0 szer. oraz 4,20 wys. i może zabierać na pokład 250 pasażerów. Co najgorsze, jego nominalne zanurzenie wynosi 110 cm!!

Po niemieckich wodach jazda jest wspaniała. Rzeka Salle ma niesamowity nurt a tempo wykonywania manewrów to formuła 1 lub jeszcze szybciej. Statkiem prowadzi kobieta – tak, tak, kobieta kapitan ale bez uprzedzeń. Kwalifikacje świadczą o przydatności - pierwsze wejście w śluzę w tempie 15km/h!! Zakręt, nurt tolerancja 10 cm. po burcie, stoimy... odebrało wszystkim mowę!! Dalej wszystko w normie - płyniemy do Polski, szlak czytelny wszystkie śluzy zielone światło, znaki nawigacyjne, informacje w radiu, wszystko o.k.. Nadmieniam, że płyniemy jako pierwsi od kiedy śluzy są czynne. Przy ostatniej śluzie zdejmujemy banderę armatora a za sterem staje nasz kapitan. Wody dość wszędzie na Odrze, Warta też aż na pola wylana. Mijamy Kostrzyn, Gorzów i dopływamy do pierwszej śluzy nr 22 w Krzyżu. Od razu zaczynają się kłopoty: śluza czynna od 1 kwietnia, nie ma zgody na śluzowanie!! Święta Wielkanocne spędzamy więc w domku, dzięki Bogu z Krzyża do Szczecina mamy pociąg za 16 zł. I miejsca przy oknie siedzące!! W Lany poniedziałek telefon - jest zgoda! We wtorek śluzujemy! Pierwszy kontakt ze starą, tradycyjną, niemiecką robotą (choć nie każda niemiecka robota zasługuje na ten stereotyp...). Mijamy śluzę i zagłębiamy się coraz dalej w skansen... Nie! To jest szlak żeglugowy, to jest real! Płyniemy dalej, ludzie zdziwieni ale mili, znaków zdecydowanie mniej!
Na jednej ze śluz alarm - ratujemy kota, który przyzwyczaił się, że zawsze droga była... A tu nagle ją zabrali i sus nie wyszedł. Poza tym droga spokojna i tak aż do śluzy Romanowo. Tam dzień zaczyna się piękną mgłą i rewelacyjnym wschodem słońca. Wychodzimy ze śluzy i... skończyły się żarty! Zaczyna się jak u Hitchcocka - wchodzimy na mieliznę a potem jest już tylko gorzej. Na pierwszej mieliźnie śluzowy uspokaja - okazuje się że na następnej śluzie stawiają zapory. Nam jednak wciąż ubywa wody. Nadal bez paniki śrubami wykopujemy sobie drogę powrotną i czekamy, aż specjaliści od zastawek postawią zapory. Nazwaliśmy ich bobry. Czy na pewno zdążą na jutro?
Jest jutro, są „bobry”, sprawnie pracują, choć niema kierownika. W międzyczasie łańcuch splątany urywa się i …. jest pan kierownik! Zapory działają, jedna po drugiej zatapiają się w jazie i woda się podnosi. Płyniemy! Płyniemy!
Niewiele się dzieje z modernizacją drogi wodnej. Działają już jakieś niewielkie elektrownie wodne - teraz się domyślili, że jak woda płynie, to można coś z tym zrobić.
Nie mamy żadnej wydajności, śruby mielą w strasznej bryi, smród nie do opisania a tempo spada do 4-5 km/h. Dobry humor wciąż dopisuje nam aż do śluzy nr 5 – tu panują prądy za wysoka woda. Komunikacja z następną śluzą, czekamy na pomiary. Można!
Płyniemy Kanałem Bydgoskim - pełna mizeria. Oznaki cywilizacji zaczynają się przed Bydgoszczą. W Bydgoszczy jest śluza miejska i... nikogo, żywej duszy w jej okolicy! Poszukuję śluzowego - czynne tylko wtedy, kiedy jest czynne!! Namierzam śluzowego, a raczej najpierw to jego pies mnie namierzył! Nie wierzyłem własnym oczom - rozmawiam przez telefon, a tu pies mi wisi na przedramieniu! Ból dociera dopiero po jakimś czasie... Ale nie jest źle - dostaję informację od śluzowego, że to dobry pies, tylko trzeba do niego mówić bary, bary. Zakładając opatrunek ćwiczę zawołanie bary bary i ból chyba jakby mniejszy??!
Przychodzi śluzowy i dokonujemy pierwszej próby - za wysoko 15-20cm. Komunikujemy się z jazem i wycofujemy ze śluzy - woda opadnie jutro. Okazuje się, że jest tu pewien konflikt interesów pomiędzy śluzą, a elektrownią wodną. Elektrownia jest podobno prywatna i decyduje o stanie wody. Bydgoszcz pięknie się rozwija twarzą do wody.
Płyniemy aż do mostu kolejowego, sięgającego 3,80 m nad lustrem wody - nam potrzeba 4,20... i tu przerywam moją relację z tej wyprawy po złote runo 2010. A to dopiero początek najlepsze przed nami!!!!
------------------------------------
Oto druga część niesamowitej relacji z wyprawy statkiem wycieczkowym z Niemiec, kanałami i rzekami do Piszu na Mazurach. Napisał ją dla Piotra Stelmarczyka ze Szczecina Marcin Świrzewski, zawodowy kucharz, który osobiście uczestniczył w tej „przeprawie”.



Bydgoszcz mijamy w słabej atmosferze – wiadomo, żałoba narodowa. Stopniowo jednak coraz bardziej intryguje nas najsłabszy punkt w naszej wyprawie - most kolejowy w Bydgoszczy. Ma prześwit 3,80 a my mamy 4.20, czyli jest dla nas niemal jak ściana. Wspominałem w poprzedniej części o konflikcie między elektrownią a śluza, który powoduje, że nie sposób racjonalnie regulować otwarcia śluzy, by np. obniżyć poziom wody. Dochodzi do nas informacja, że podobno śluza otwarta jest już na maks. Zbliżamy się więc do mostu, idziemy na znaki z nurtem na prawo, po środku przęsło. Podchodzimy coraz bliżej, kapitan zarządza: „rufową podaj na ląd!”. Cuma rufowa zostaje obłożona na drzewie i zaczynamy powoli wsuwać się dziobem pod most. Wyznacznikiem naszej wysokości jest proporzec dziobowy naturalnie + 20 cm. Jednak proporzec zachodzi na most ok. 10 cm! Podejmujemy decyzję - zatapiamy gródź zderzeniową! Węże strażackie i pompa idą w ruch. Podczas tej operacji zastaje nas noc, ostatni pomiar już po ciemku i wychodzi, że jest ok. Jednak nie ruszamy się już stąd - armator ledwie oddycha. Ponadto dostajemy komunikat, że rano na czas przejścia jaz walcowy jeszcze bardziej się otworzy. Czyli że co? Do tej pory nie był jednak na maks!!???
Rankiem o 5.00 pobudka, nastawiam kawę dla załogi i idę na ten most. To niesamowite, jak brak komunikacji między ludźmi wody a inżynierią lądową komplikuje transport na tej jedynej drodze wschód- zachód. W dodatku drodze wodnej uczęszczanej, jak wskazują liczne ślady pod mostem świadczące też o pomyłkach w obliczeniach.
Oglądam też akwen za mostem - widzę elektrownię i podejście do jazu, a na lewo Fordon (dzielnica Bydgoszczy leżąca w Dolinie Fordońskiej nad Wisłą – przyp. Redakcji). Słyszę sygnał ze statku - silniki są już zagrzane na następne podejście. Wracam i podejmujemy kolejna próbę: Jest na styk z minimum! Podejmujemy decyzję - ściągamy wszystkie naszym zdaniem wystające elementy: podstawy do składanych relingów, obudowa wydechu, osłony wywietrzników - wszystko precz bez litości!
Następna próba już prawie, prawie się udaje, gdy nagle: stoooop!! Cała wstecz! Koło sterowe zawadza o poprzeczne kątowniki, których nie widzieliśmy, a manetka przód-tył trafia na nit w moście! Nie jesteśmy w stanie zmienić na rewers lewego silnika. Mimo to cofamy, armator sam rękoma odpycha łajbę od filara mostu, nawet o tym nie wie! Nerwy...
Wreszcie wycofujemy, atmosfera od razu poprawia się. W międzyczasie przez radio dostajemy komunikat, żeby nie przepływać pod mostem na znaki, tylko z lewej ich strony. Podobno jest tam... -5 cm od podanego stanu! Podchodzimy statkiem bliżej i rzeczywiście jest jakby niżej. Znów próbujemy i nagle cholerne kątowniki zawadzają o radia! Cała wstecz, ale mimo to w tempie rabusia samochodowego radia leżą na podłodze sterówki!
Niewiele pomagają też odpowietrzniki zbiorników powietrza, są nie do przeskoczenia i zatrzymują jednostkę. Znów komenda „do tyłu!” i... do dziś nie wiem, jak kapitan to zrobił! Koło sterowe leży na dolnym pokładzie!!
Rozpoczynamy naradę. Brakuje nam dobre 10cm. Dostrzegamy koparkę na barce niedaleko od nas – może to jest wyjście. Podchodzimy do barki. „szefie! Daj pan parę łyżek na dziób!” - no nie widziałem większego zdziwienia, niż mina tego operatora. Daje nam jednak na dziób kilka łyżek piachu.
Pełni nadziei wykonujemy następne podejście pod most, ale tym razem odwracamy statek rufą na nurt. Wsuwamy się centymetr po centymetrze, napięcie maksymalne, i nagle: zaczepiamy o te wydechy - nie mamy teraz możliwości żadnego manewru!
Widząc naszą sytuację załoga przepływającego bizona robi całą naprzód prawym torem. Nie wdziałem szybciej idącego pchacza! Świadomi ludzie! Wielkie dzięki - zabierają nam wodę. Zaczynamy przeciskać się pod mostem, słuchać głośny odgłos zgrzytów metalu trącego o metal. Jest! Jest! Jesteśmy po drugiej stronie!!
Montujemy koło sterowe, cucimy armatora (lekko ubarwiam stan armatora, ale był po tamtej stronie tęczy i wrócił!!). Zadowolony komunikuje się z nami: „Panowie, jesteśmy w domu!!”.
Przekraczamy śluzę i jesteśmy na królowej polskich rzek! Ale szeroko, 800-1000 m. woda wszędzie! Zdobywamy szuflę (dodam jest dwa razy droższa niż nasypanie piachu na nasz dziób!) i sprzątamy urobek za burtę. Teraz to będzie lajt! Tak myślimy, teraz wiem, tak nam się tylko zdawało!
Robię obiad – schabowe, ziemniaki, sałata w śmietanie. Do tej pory dziwiłem się, po co na takim rzecznym statku w kuchni takie zawodowe sztorm dechy. Teraz już wiem - wszystkie garnki mam przesunięte na dziób.
Chwilę potem po raz pierwszy siedzimy na mieliźnie – robi to na nas duże wrażenie. Ale tylko ten pierwszy raz.
Zakładam sztorm dechy na kuchnię, usuwamy betonowe bloczki z dziobu, które poziomowały statek. Na rufę z nimi! Ostatnie 10 sztuk pozostawiam, reszta - 150 szt. jest już na rufie. Każda waży 15kg. Schodzimy dzięki temu z mielizny, ja też mało nie zszedłem! Zmieniając ciuchy na suche zakładam opatrunki na otarte dłonie. Żona w życiu mi nie uwierzy, że w kuchni powstają takie rany.
Idziemy dalej, dopływamy do pierwszego postoju. Ból krzyża ścina mnie z nóg! Rano mam okazję uciec i szkoda, że tego nie zrobiłem! bardzo szkoda! Woda w nocy opadła i stoimy na mieliźnie! Piękny poranek! Jak się okaże później, nie ostatni.
Wisła jest szeroka, ale nawigacja na niej odbywa się głównie na nos kapitana i bezustanny monitoring na googlach i basakiem - i tak cały czas. To czasem nie do wiary, że robimy takie manewry, że na szerokości rzeki ok. 800 m my przechodzimy tuż przy brzegu po jakiś zawiłych manewrach. Tak czy inaczej, moje miejsce jest pod pokładem pod lustrem wody – to bardzo romantyczne, ale z drugiej strony to ja pierwszy wiem że szorujemy po dnie. Po jakimś czasie popadam w rutynę: słyszę długie szzzzzzzzzz! Odkładam garnki na bok i idę na dziób. Mamy ocechowany bosak 1.00; 1.50; 2.00m. Kilkukrotne 1.50, 1.50, 1.50 oznacza, że wszystko jest o.k. i mogę wracać do kuchni.
Po drodze nikogo nie mijamy, w radiu cisza. żywej duszy wokół nas. Przed Płockiem jedyna jednostka „Grażyna” ciągnie uszkodzone przez zimowe lody żelastwo. Nie bardzo wiedzą, o co nam chodzi, na którym kanale pracują?
„Na jakim kanale? Radio? A z kim ty chcesz rozmawiać?”
To uświadamia nam, że jesteśmy sami. I w takiej atmosferze mijamy śluzę Włocławek, dalej Płock i wchodzimy do stoczni na nocleg. Trzeba przyznać, że miasto ładnie wygląda nocą – jest tam piękna iluminacja miasta i mostów.
Jednak to, co widzę za burtą rani moje oczy. Na miejscowych wędkarzach nie robi jednak wrażenia.
Rano idziemy dalej – Modlin i wreszcie śluza Żerań. Sygnał jeden, drugi, po dłuższym czasie wychodzi zdziwiony robotnik: „A co, chcecie przejść?”. Przepływamy Kanał Żerański i na Jeziorze Zegrzyńskim wreszcie są pierwsze oznaki, że jesteśmy na szlaku wodnym.
Jakaś godzinka i jesteśmy wolni. Normalka. Do Nowogrodu mkniemy jak strzała. Przepływamy Nowogród most za mostem i wychodzimy na Pisę. Cumujemy na noc, rankiem mają nadejść posiłki z miejscowych matrosów. I rzeczywiście, nadeszły w ilości nie powalającej - szt.1, ale za to w randze kapitana! Tak sadzę po pagonach.
Przed śniadaniem brak wody mobilizuje do zmontowania około 500m. węży ogrodowych podłączonych do pierwszego ujęcia. Niedzielny poranek nie nastraja do żartów. Mogę nabrać wody? Proszę bardzo, a ja niosę na ramieniu coś ok. 100m. węża ogrodowego… Wreszcie mamy wodę, można zrobić śniadanie.
Po wejściu na Pisę zaczynają się kolejne schody. Pytam kapitana, co to znaczy rafa? Zawsze chciałem wylądować na rafie, a dokładnie na wielkiej rafie koralowej. To jednak na pewno nie jest ta. Mam wrażenie, że robi się ciasno i coraz bardziej kręto. Do 12 km. docieramy o własnych siłach. Ilości manewrów na tym odcinku powodują dym w komorze, gdzie jest umieszczony ster strumieniowy. Pierwsza mielizna kładzie kres manewrom.
Według namiarów, za 400m. jest rafa. Mamy jednak absolutny zakaz od armatora obrotu śrubami. Nie do wiary na głównym i jedynym szlaku na Mazury! Pierwsza pomoc traktora niewiele daje - jest 50 cm. głębokości, nam trzeba min 1.30 m w teorii! Romek podejmuje decyzję - rano stajemy w poprzek rzeki i czekamy, aż nurt i praca śrub wypłucze piach z pod nas. Zdejmujemy też prawą kotwicę ważącą 150kg! Niesamowite, ale kotwica leży na pokładzie – zrobiliśmy to w czterech! Linę przywiązujemy do drzewa i wydajemy łańcuch na maks. Napieramy śrubami, kopiemy przód tył i wybieramy luz na windzie kotwicznej. Przy pięknej pogodzie jak galernicy napieramy na korby! Skąd ja mam tyle energii? Nieopatrznie pytam romka: „A ile ty masz lat, że tak ciężko pracujesz na tej korbie?” Zaniemówiłem: właśnie ma 66 urodziny!!
Przy tętnie 300/250 uściskałem go szczerze. Przesunęliśmy się o 10 m., jeszcze kroczek i rufa chodzi! Jest rosomak i pan Heniu z Giżycka. No i zaczęło się, ruszamy!!

W następnej części relacji tempo akcji się zwiększy, a przy „przeprawie” potrzebne będzie nam:
piła spalinowa, piła do metalu, piła do drewna, czyste paliwo, płyty pmd, płetwonurek, traktor o mocy 120 KM, lina stalowa 100m, drugi holownik z ekstra załogą, inspektor z zarządu dróg wszelkich, większe garnki na zupę tak na ok. 12 osób
ale to w swoim czasie...
-------------------------------
Piotr Stelmarczyk ze Szczecina przysłał trzecią część niezwykle interesującej relacji Marcina Świrzewskiego z wyprawy dużym statkiem wycieczkowym z Niemiec, kanałami i rzekami do Piszu na Mazurach. To ostatni już artykuł, w którym wyjaśni się, czy to w ogóle jest możliwe.

Jest pan Heniu z Giżycka ze swoim holownikiem. No, stan, w jakim przybyli nie powala: ani optyka jednostki ani pana Henia. Razem na pierwszy rzut oka mają ze 150 lat! Ale zapada wieczór i trudno o drugi rzut oka… Powoli ruszamy zdani na łaskę holownika KS 17. Tak dalej będę nazywał tę jednostkę - jest to Radziecki Kuter Saperski strugo wodny o teoretycznej mocy 170KM. Posuwamy się powoli zbliżając do krytycznego miejsca na Pisie - słynnej rafy. Pamiętamy przykazanie od armatora: ani obrotu śrubami!! Mijamy miejsca przesondowane i oznakowane prowizorycznie przez kołki, butelki czy gałęzie.
Klapy rewizyjne na dolnym pokładzie na polecenie kapitana zostały podniesione. Rozkaz jest jasny: Obserwować! Non stop! Mijamy mieliznę słysząc spokojnie lekkie szuuuuuu, wszystko w normie. Manewrujemy na prawą do brzegu, gdzie jest dostatecznie głęboko. Mijamy znak, gdzie zaczynają się kamienie, cisza na pokładzie niesamowita! W tym czasie silnik KS jak i pan Heniu na najwyższych obrotach! A pod nami rafa i nic, no nic się nie dzieje! Tylko na moście jakiś pomnik stoi. Pomnik na moście? Myślę sobie. Nie, to pan Armator sztywny jak słup soli obserwuje sytuacje.
To jest tylko 400 metrów, ale mity o tym miejscu:
- że ten podarł poszycie!
- a ten to trzy rozdarcia „tylko”
- a ci to zawrócili z zalaną grodzią
powodują napięcie nie do opisania!
Cisza, cały czas cisza. Wchodzimy pod most, pod którym pozostałości po budowie dodatkowo komplikują żeglugę. Jeszcze jakieś 100 metrów, mała mielizna i nie do wiary! Jesteśmy na Mazurach!!
Hurra niech żyje Radziecka Technika Morska!! Jeszcze raz hurra!!
Pada komenda: palić motory obydwa!!
Płyniemy, kurcze, płyniemy! Sonda wskazuje 1,50 m 1,80 m, 2,0 m, ponad! O.K. Biorę się za kolację, szykuję placuszki z jabłkami. Za oknem zmrok zapada, a wciąż powoli trwa nasz taniec nieprzerwany - od prawej do lewej, ale najważniejsze, że płyniemy!
Ster strumieniowy kotłuje wodę niemiłosiernie. Do czasu. Wraz ze zmrokiem tracę wzrok! Jezu a za co? Ciemność! Widzę ciemność! Stres zatraca logikę myślenia, a to nie ja tracę wzrok, tylko… agregat traci moc! No i stracił całą…
Z jednostajnego rumoru silników powoli wyławiam inne nienaturalne dźwięki i wibracje. Po chwili dźwięki i wibracje ustają. Ustają wszystkie dźwięki! Co jest? Gramolę się na górny pokład. „Leżymy” - słyszę od Romka. Ale żeby wszystko na raz? Tak, wszystkie silniki stoją!
Diagnoza natychmiastowa - w czasie naszych kombinacji z przechodzeniem przez mielizny tak rozkołysaliśmy statek, że osad denny w zbiornikach zapchał wszystkie filtry, praktycznie na amen! Instrukcja postępowania, jeżeli istnieje, na pewno mówi: wezwij serwis! Ale nasza załoga w 100% składa się ze Słowian, więc w sposób nie do opisania przeciągają paliwo do baniek i pojemników. Przez szmaty i jakieś rajstopy filtrują paliwo i podłączają z powrotem do pompy paliwowej (skąd oni wzięli rajstopy ? damskie?).
Jest! Jeden zastartował. Niech żyją mechanicy! Drugi kręci, kręci i już pojawia się nawet dym, ale… z rozrusznika. No, to teraz jest pięknie, dwa razy pięknie! Zimna krew nie opuszcza chłopców. Zainteresowałem się, co tam robią w maszynie, co tak sam będę siedział po ciemku. W czasie rozmowy ustalamy, że przecież mamy taki rozrusznik.
- Coo? A gdzie ty to widziałeś?
- A jak to gdzie? Czy kanapa w kuchni nie jest naturalnym miejscem na to żeby tam leżał rozrusznik!?
Wszyscy, co mnie znają bliżej wiedzą, że zawsze mówię nieprawdę i to jest prawda. Opuszczam siłownię, nie dotykając szczebli. Na plecach czuję oddech Romka Młodszego:
- Gdzie?! Pokazuj gdzie on leży?!
Podnoszę siedzisko i… już ich nie ma, ani Romka ani rozrusznika! Skąd wiedziałem, że tu jest rozrusznik? Po prostu, jak w czasie wchodzenia ma mielizny odciążaliśmy łajbę z balastu, natknąłem się na zapomniane części i instrumenty, między innymi rozrusznik!
He, He, będą placki takie z jabłkami i cukrem pudrem. Płyniemy po ciemku na „smyczy” za panem Heniem. W trakcie rozmowy dowiadujemy się, że czeka nas wiele niespodzianek - tak jakby do tej pory był to spacer i nic się nie działo - i trzeba poprawić naturę, a dokładnie to, co Bobry wiedzione swoim odwiecznym instynktem nabroiły.
Jest decyzja Armatora: więcej uzbrojenia i ludzi! Mamy informację że, na odsiecz w naszym kierunku zdąża Mazurska Kawaleria, a dokładnie Mazurska Służba Ratownicza! Wreszcie mamy pierwszy postój można, się odświeżyć! Spotkanie z MSR. Są zaskoczeni że dotarliśmy tak daleko o własnych siłach. Jakie straty? Żadnych! He, He, a co? Wychodzimy na twardzieli, tych co mogą i potrafią. Wymiana informacji potwierdza, że będzie ostro, ale na nikim nie robi to wrażenia. Tak jak wędrujące kanciaste szkło, które zacieśnia więzi, jednocześnie rozluźniając atmosferę…
Jest około 5.00, otwieram oczy. Powoli dociera do mnie, że nie padłem i leżę w składzie desek. Tak sztywny jest mój śpiwór. W kuchni + 5 stopni ale to i tak plus od tego, co za oknem! Na pokładzie śnieg i lód - ostatni poryw zimy? Robiąc kanapki nie rozumiem, kto wsadził masło do lodówki?
Zjawiają się ludzie MSR. Kawa i ustalamy plan A. Generalnie plan A oznacza naprzód! Kawaleria przed nami bierze piłę motorową, termos i jazda…
Zjawiają się Panowie z Administracji Dróg Wszelkich. I tu powinienem opisać, co myślę na temat wszelkich zezwoleń pozwoleń i koncesji. Ale nie opiszę i tyle… Poszli. Oglądamy blankiet dokonania wpłaty – ładny…
Ustalamy, że blankiet nr.001 postawi na nogi budżet nie nasz, ale Ministerstwa Dróg Wszelkich.
Tak czy inaczej, znów płyniemy. Oglądam mapy dostarczone przez MSR. Dość dokładne. Sprawdzam na Googlach, zmieniam skale, sprawdzam w Wikipedii słowo Owsik. Jest pełny opis: środowisko, natura ,obyczaje. Porównuje z mapami. Zgadza się, trafione w dziesiątkę, najbardziej odpowiednia droga dla dorosłych osobników!
W tym czasie chłopcy wiercą otwory w dostarczonych płytach PMD - tak się nazywa bardzo wytrzymała sklejka, która ma posłużyć do osłaniania okien przed gałęziami nie usuniętymi przez nasze Bobry. Na dziobowym pokładzie pełna mobilizacja: piła, łom, liny, bosaki. Wygląda jak przygotowanie scenografii do czwartej części Trylogii.
Popadamy w rutynę konaaar z praweeeejj!! Natychmiast płyta blokuje konar, który przemieszcza się razem z płytą. Szorując po oknach nie stwarza zagrożenia, ale tylko na chwilę. W tym czasie kapitan wspomagany przez Szefa z MSR wykonuje niezliczone ruchy kołem sterowym. Rękawiczki nie pomagają na zbolałe od odcisków dłonie. Na jednym z postojów zakładają na koło sterowe gałkę – taką, jak mają na sztaplarkach i kierownicach TIR-ów. Bardzo pomocny gadżet. Jest godzina 7.15 nastawiam na zupę - pada na pomidorową z makaronem na górce cielęcej. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak wcześnie nastawiłem na zupę, jak i rozmiarów garnka. No, ale jest ok. 15 osób, które jeść coś muszą, a niewiadomo kiedy będzie pauza.
Nie opisuję uroków przyrody, bo wszystko jest względne. Pięknie kwitnąca gałąź jest urocza, ale nie wtedy, kiedy wali się na nas bez możliwości uniku. No nie do Końca. Nie ona na nas, tylko my na nią. No to co? Piła w ruch i szast prast i droga wolna! I tak całą drogę. Jeśli w naszej wyprawie czegoś brakowało, a nie było przewidziane, to jak mówi prawo Murphiego wszystko zabiera znacznie więcej czasu, niż by się wydawało. Jeżeli wydaje ci się, że już gorzej być nie może - na pewno będzie.
Myślę że 90% tego prawa miało zastosowanie w naszej wyprawie. Nagle nie przewidziana przerwa - zatkana dysza czy coś bez znaczenia – stoimy. Nadaję przez radio: dawajcie na zupę! Prawidłowe potwierdzenie ostatniej komendy tylko z niedowierzanie na zupę? Tak, na zupę, potwierdzam! Jest 11.30, wszyscy wcinają zupę. Cisza jak nie wiem co. Z niedowierzaniem sprawdzam zawartość moich przypraw. Nie, normalne, jak do pomidorowej, o co im chodzi? Cieszą się jak dzieci, wszystko sprawne, ruszamy i tak do wieczora… Kolacja w toku, syk z kranu informuje o braku wody. Jak wspominałem, odciążyliśmy statek na maksimum, także z paliwa i z wody, na bezwzględne minimum. Do mycia służy teraz woda zza burty, spożywcza jest w bańkach. Określam to Stanem Wojna. Załoga bez dyskusji przyjmuje fakt do wiadomości - wojna to wojna Przed odwodnieniem ratują nas inne płyny.
Kolejny dzień zaczyna się uroczo: w czasie pracy ster strumieniowy wciąga zapomnianą cumę lub coś podobnego. Bez niego nie da rady, stajemy. Zaczyna padać śnieg. Zjawia się człowiek - żaba z MSR. Ja w międzyczasie lokalizuję wszystkie wolne pojemniki, widzę w pobliżu gospodarstwo. Dobrze, bo mam jeszcze tylko jakieś 20 l. Wracam z pełnymi pojemnikami, tymczasem nurek uporał się z awarią, statek staje się w pełni sprawny. Ruszamy, ale nie na długo. Awarii ulega jeden z kutrów. Musimy zmienić cumy.
Płyniemy powoli, zatracam poczucie czasu. Nie wiem, czy to niedziela, czy wtorek, brak zasięgu, komórka milczy. Skupiam się więc na tym, co potrafię najlepiej: żurek z jajkiem, karkówka w sosie pieczeniowym, marchewka z groszkiem. Późny obiad jemy już na postoju. Co Oni tak zamilkli? Wszystko zjedzone, co za radość. Coś mówią, że smaczne, że pierwszy raz taką zupę, o co im chodzi? Normalne ludowe jedzenie…
5.00 rano, wstaję z koi, nawet nie myślę, co robię - jakoś wszystko samo się robi. Gałęzie i konary przesuwają się raz pod pokładem, raz nad nim i tak cały czas w tym rytmie.
Słońce mamy raz z prawej, raz z lewej. Do sunącego na mnie brzegu przyzwyczajam się, nawet nie widzę wędkarza, który w tej oazie ciszy zdrzemnął się i odzyskawszy świadomość, widzi statek „walący” wprost na niego. Człowiek przesuwa się dwa metry od brzegu, a statek dalej wali na niego. Nie wie, że aż tyle nasz dziób zachodzi na ląd. Szkoda człowieka, nikt mu nie uwierzy że widział statek...
Koniec żartów. Pomiar zanurzenia: jest 1,0 – 0,80 – 0,50 m i… stoimy! Manewr dziobem na nurt i w poprzek rzeki, lina dostarczona przez armatora „na wszelki wypadek”, jak najbardziej będzie potrzebna. Zarabiam końce i na sprowadzony na brzeg przez sprzyjających nam ludzi traktor podczepiam linę. Ustalamy plan, jak po 0,50 m wody przeciągnąć naszą jednostkę. Powoli i skoordynowane manewry KS-a, naszych śrub i traktora dają efekt. Ludzie zgromadzeni na łące mają frajdę, ja ledwie żyję, a tu jeszcze okrzyk „dawaj na pokład”, bo pan Heniu zna tylko dwa położenia manetki: cała naprzód i cała wstecz! Co tu się rozpisywać, dokonaliśmy rzeczy niemożliwej! A w planie z trudnych momentów to był tylko most w Bydgoszczy! Informacja po przejściu „panowie, jesteśmy w domu!!” mimo zmęczenia rozbawia nas wszystkich. Płyniemy, co jeszcze nas czeka? Nagle pojawia się na drodze dziwna konstrukcja - prom samoróbka. Słychać zgrzyt liny trącej o nasz kadłub, za chwilę zaczepiamy o ster i łubudu! Zgłaszam, że wszystko O.K. ale za chwilę jeszcze jedna lina obciera o nasz statek. Może to łańcuch, ale najważniejsze, że powoduje lżejsze bęc! Nie jest źle, dajemy panowie naprzód. Tak mija kolejny dzień.
Pojawiają się znaki: zostało jeszcze 15 km! Teoretycznie w planie jest jeszcze jedna przeszkoda – most. To nie do wiary, że znowu brak komunikacji między ludźmi wody a drogowcami owocuje taką „perełką”. Most na zakręcie!!! Jak by nie było miejsca 200 m dalej, gdzie rzeka prostsza o 400m. Niesamowite, ale dzięki Bogu idziemy na nurt, więc manewry są łatwiejsze. Nie zazdroszczę tym, co idą z nurtem. Ale po 1185 km teoretycznej drogi nasz kapitan bierze ten manewr na luzie.
Tak się wymądrzam. Ale wiedza, jaką On dysponuje i brak jakiejkolwiek reakcji na prace w takim stresie nastraja mnie i nas pozytywnie.
Na obiad robie pierś z kurczaka po tajsku, ryż, sos śmietanowo-serowy, no i garnek zupy (chyba warzywna na kurczaku).
Na radio dostajemy komunikat, że nasze bobry z MSR oczyściły drogę do Pisza. Hura, hura!! Ale hola hola, panowie, pojawia się zasięg i wiadomość od armatora: czekać na mnie! Czekamy, przecież nie pierwszy raz czekamy. Przyjeżdża armator, możemy znów płynąć. Ruszamy po jedynym prostym odcinku na tej rzece, ma jakieś 400 m. Pojawiają się kominy - to cel naszej wyprawy, bez mała 1200 km. A może więcej? Kto by to zliczył. Armator promienieje, nawet nie zdaje sobie sprawy, że dotarliśmy! Dopływamy do Piszu, nadbudówka rozebrana, pełny luz, nagle komenda: „klapa”! Zapomniałem złożyć klapę wejściowa na górny pokład. Romek ją przymyka i słychać bezlitosne łuuuubudu! Klapa zamknięta. A nawet bardziej, niż zamknięta…
„Cuma na ląd” - pada komenda. Jest dziobowa, rufowa możemy nawet kotwicę rzucić. Niema jednak takiej potrzeby: stoimy. Maszyny stop! Ale cisza.
Jemy kolację siedząc w komplecie przy stole. Pytam w rozmowie: czy gdybyś miał teraz wystawić dokument ze swoim podpisem na temat, czy istnieje droga na Mazury rzeką Pisa, zrobiłbyś to?
Kapitan Darek: - NIE!
Romek Kisłowski: - NIE!
Z zaplanowanej na 7 dni podróży, płynęliśmy 25 dni i nocy! Warto więc, by wszyscy, którzy śnią o rejsie większą łodzią na Mazury dowiedzieli się: TAKIEJ DROGI NIEMA!! No chyba, że kajakiem albo płaskodenną łajba wędkarską!

Pozdrawiam serdecznie
Argonauta Marcin

Ostatnio zmieniony przez aa1975 2010-06-28, 13:03, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

MAZURY INFO PL - KONTAKT

| strona główna | internet | o serwisie |
(C) 2008 Copyright by mazury.info.pl

CZARTER JACHTÓW NA MAZURACH NOCLEGI NA MAZURACH