FORUM.mazury.info.pl - Absolutnie wszystko o Mazurach


Forum MAZURY.INFO.PL Strona Główna Forum MAZURY.INFO.PL
założone 15 maja 2008r.

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Sportina 595 jeszcze bez naniesionej nazwy
Autor Wiadomość
Lex

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 22 Cze 2017
Posty: 15
Wysłany: 2017-06-26, 16:46   Sportina 595 jeszcze bez naniesionej nazwy [Cytuj]

Witam wszystkich. Ahoj!

Trochę się rozpiszę i niestety nie jest to porywająca opowieść przy akompaniamencie szumu wiatru w koronach drzew i trzaskającego ognia w urokliwej bindudze. To historia stawiania pierwszych kroków w trudnym, wymagającym i niezwykle satysfakcjonującym hobby.

W kwestii żeglarskiej praktyki godnie reprezentuję średni poziom szuwarowo bagienny cały czas ucząc się nowych rzeczy i z pokorą przyjmując dobre rady i porażki. W żeglarstwie zakochałem się mocno i z radością praktykowałem kiedy tylko była okazja i na czym akurat była okazja. Jestem w tym etapie, że jeziora nie są jeszcze za ciasne ale już lekko podnoszę głowę wyglądając morza. Z przyczyn połowicznie zależnych ode mnie (Córka :D) mieliśmy z moją lepszą połówką ponad 2 letnią przerwę od wypełnionych wiatrem żagli.
A należy przyznać, mocno nas ciągnie na wodę. Wynajęcie slupa na jeden dzień różnie się udawało i w zupełności nie wystarczyło. Nie mając okazji by uczciwie popływać (wpław się nie liczy) zapisałem się do klubu żeglarskiego żeby chociaż być przy wodzie a prace bosmańskie na świeżym powietrzu to sama przyjemność. Kopałem, czyściłem, malowałem, słuchałem i przede wszystkim marzyłem. Własna łódź. Piękne marzenie. W zasadzie to czemu tylko marzenie? Owszem, dobrze pamiętam jak zapamiętale szukałem w bakistach klucza do kilwatera ale od tego czasu minęło już przeszło 6 lat. Z uczestnika rejsów zmieniłem się w organizatora. Mam dwie ręce do roboty i chęć, czy potrzeba czegoś więcej?

Tak, z czasem okazało się, że tak. Jednak o tym później.

Dni mijały, w moim świecie pojawiła się malutka istota dla której już kupiłem mikro kamizelkę ratunkową. Myśli powoli zaczęły się krystalizować. Pierwsza łódka powinna być do bólu prosta. Im mniej elementów tym mniej problemów. Oczywisty wybór Omega! Najlepiej tani sztrucel do roboty. Tanio kupić, tu podkleić, tam dokręcić i będzie śmigać. Jakież to proste. Kto jak nie ja ma dać sobie radę. Potem posłuchałem kilku dobrych rad (Andrzeju, Piotrku dziękuję) i stwierdziłem, że może i Omega jest spoko ale niech chociaż będzie w dobrym stanie. No może Puck, trochę stabilniejszy. 470? A tak oglądałem, podziękuję. Trafiłem na takie fikuśne coś, zapomniałem nazwy, na dziobie ma fajny lekko podniesiony schowek i tłumaczę sobie, że to prawie jak kabina, jak deszcz popada to szpeju nie zmoczy i jak się tent dopasuje to w ciepłe dni nawet na noc da radę.
"Dni w miesiące złożył czas" kolejne okrążenia praca-dom, a głód coraz większy. Na przystani weekendami niby woda blisko ale to nie to. Jak wejdę na pokład zacumowanej łodzi to w porównaniu z lądem nawet zapach się zmienia.
Otwarty pokład w dobrym stanie, fajna sprawa. Tylko co? Patrzę jak Córa rośnie a w głowie chochlik pyta: jak ty dziecko bez kabiny wozić będziesz, serca nie masz? Głos rozsądku zamiast podjąć dyskusję i dać kontrargument, że Puck na początek w zupełności wystarczy tylko szturcha mnie i podjudza. Słuchaj, bo ten z rogami dobrze gada, tania kabina nie będzie droższa od dobrze utrzymanej Omegi. Ulegam po dzielnym i stanowczym braku oporu.

Zatem szukam kabiny, najlepiej czegoś niewielkiego do obsługi przez dwie osoby, w przyzwoitych pieniądzach no i oczywiście w dobrym stanie, a i jeszcze niedaleko. Moja, zdecydowanie lepsza połówka, dba żebym nie stracił kontaktu z rzeczywistością. Każda okazja na prezent to nowy podręcznik. "Podstawowe Podstawy napraw jachtu", "Szkutnictwo bardzo mocno amatorskie", "Koniecznie przeczytaj zanim popełnisz błąd", "A może filatelistyka" i tym podobne tytuły. W poszukiwaniu konsensusu udałem się na rynek wtórny. Wytypowałem kilka konstrukcji, których linia najbardziej mi podeszła i zacząłem czytać wszystko co znalazłem na ich temat. Artykuły z prób, relacje użytkowników, opinie, plany. Po jakimś czasie wybór padł na Sportinę 595.

W kulminacyjnym momencie miałem otwarte zakładki chyba ze wszystkimi dostępnymi na rynku używanymi Sportinami. Chociaż przygodę z żeglarstwem rozpoczynałem na Omegach i cenię spartańskie warunki, to po kilku latach przyzwyczaiłem się do szeroko rozumianego mazurskiego standardu i poszukiwałem czegoś co będzie chociaż częściowo jemu odpowiadać. W grę weszły również elementy o których wcześniej, jako wynajmujący, w ogóle nie myślałem np. przyczepa i miejsce postojowe. Najpierw jednak trzeba było podzwonić i na własne oczy zobaczyć czy konstrukcja, której nigdy wcześniej nawet nie dotknąłem będzie mi odpowiadać. Po kilku telefonach zawęziłem wybór do pięciu egzemplarzy i wybrałem się w podróż po naszym pięknym kraju. Bardzo szybko zawęziłem wybór do dwóch i szykowałem się do rzutu monetą.

Przed podniesieniem telefonu jeszcze raz odświeżyłem popularny portal z ogłoszeniami i zobaczyłem zupełnie nowe. Z lekką nutką ekscytacji wybrałem nowy numer i umówiłem się na spotkanie. W pierwszy wolny weekend wsiadłem w pociąg, potem w samochód (dzięki Jacek) i odwiedziłem przykrytą śniegiem przystań w Wielkopolsce. Bramę otworzył miły i pomocny właściciel Sportiny, do której przyjechałem. Po zdjęciu plandeki przystąpiłem do oględzin z listą wszystkich miejsc w które trzeba zajrzeć, dotknąć czy puknąć. Niestety nie miałem możliwości zabrania ze sobą doświadczonego znawcy. Właściciel cierpliwie znosił niemożebnie długą litanię pytań, często głupich ale wychodzę z założenia, że lepiej zadać o jedno (no dobra 15) więcej niż żałować. W środku najwyraźniejsze były baldachimy w miejscach gdzie klej przestał trzymać materiał, reszta jak to używana łódka od drugiego właściciela, pokład również, nic nienormalnego. Ot tu pajęczynka, tam otarcie. Miło zaskoczyła mnie jakość antypoślizgów oraz stan kabestanów i knag zaciskowych. Burta w bardzo ładnym stanie. Uważnie ostukałem cały kadłub i na ile umiałem oceniłem ogólny stan. Łódka wyglądała dokładnie tak jak powinna po kilkunastu latach użytkowania. Podziękowałem za możliwość obejrzenia i udałem się w podróż powrotną analizując zdjęcia. Po przyjeździe wysłałem je do znajomego z klubu (Andrzej jeszcze raz dziękuję) z prośba o opinię.

Wtedy skończył się etap radosnego bujania z głową w chmurach i trzeba było przemyśleć wszystko jeszcze raz, tym razem stojąc twardo na ziemi. Czy naprawdę jestem gotowy na posiadanie żaglówki?
1. Jak przewieźć łódź? Zlecić to wyspecjalizowanej firmie czy porwać się samemu?
2. Gdzie trzymać? W hangarze czy pod chmurą? W porcie czy u kogoś na podwórku?
3. Czy mam wszystkie narzędzia potrzebne do remontu?
4. Czy mam wystarczająco dużo wiedzy żeby podjąć się naprawy?
5. Czy w razie kłopotów ktoś mi pomoże?
6. Ostatnie lecz nie mniej ważne pytanie: czy wystarczy mi zapału na ukończenie projektu?

Jeszcze jedna sprawa. Czy mnie na to stać? Każdy kto posiada łódkę wie, że to worek bez dna. Usłyszałem niedawno taką anegdotkę: "Łódka to dziura w wodzie, otoczona drewnem, metalem lub laminatem, do której wrzuca się pieniądze". Wspólnie z lepszą połówką uznaliśmy, że skoro oboje uwielbiamy żeglarstwo i chcemy tą pasją podzielić się z naszym dzieckiem to damy radę. Ostatecznie wierzę, że pieniądze są środkiem a nie celem, a jak ich chwilowo brakuje to niedługo się znajdą. Wystarczy tylko pogłówkować, poza tym żeglarz musi umieć improwizować. Kilka dni gryzłem się z myślami analizując wszystkie za i przeciw. Nie jestem pewien czy to był dobry czy zły znak. Sportina nie miała nazwy.

Pewnego całkiem zwykłego dnia coś we mnie pękło. Poczułem się jakbym zjadł miskę szaleju, wstałem z krzesła i oznajmiłem: "Cholera, kupuje!"

Transport z firmą czy samodzielnie? Po szczegółowej analizie kosztów, które nie ukrywam są dość istotne, wybrałem bramkę numer dwa. Poprosiłem o pomoc Maćka (jeszcze raz wielkie dzięki), który ma mocny samochód z hakiem. Dla nas obydwu był to pierwszy raz zorganizowania przewozu łodzi. Maciek również żegluje i nie odmówił takiej możliwości zdobycia nowego doświadczenia. Sportina stała na niezarejestrowanej przyczepnie portowej, która po zdemontowaniu dyszla, tylnej podpory i osi z kołami elegancko zmieniła się płaskie, dość niskie łoże. Dlatego zamiast przyczepy przeznaczoną do przewozu łodzi wynająłem płaską uniwersalną lawetę. Oprócz pasów mocujących do bagażnika wleciały: skrzynka z narzędziami, szpula cienkiego sznura, duży zwój wytrzymałej liny paracord, WD-40, dwa penta mocnej szarej taśmy uniwersalnej, latarki, worki 120 litrów i światła rowerowe. Przygotowani na wszystko pomknęliśmy autostradą w kierunku zachodzącego słońca, które na pewno wyglądało świetnie tylko akurat tego dnia padało. Oczywiście wszelkie koszty były po mojej stronie: wynajęcie przyczepy, paliwo, bramki, jedzenie i nocleg. Podróż rozbiliśmy na dwa dni. Do załadunku przystąpiliśmy prawie z samego rana, jak mantrę powtarzając: 50 kilo na hak. Obyło się bez większych przygód. Kluczem do sukcesu było odpowiednie zaplanowanie procesu, omówienie go i nadwyżka materiałów mocujących. Pracowaliśmy we czterech: Maciek, wkrótce były właściciel, jego kolega i moja skromna osoba Sportinę podniosłem na dźwigu w przystani (luksus) podłodziową przyczepę rozkręciliśmy na elementy pierwsze (WD-40 przydał się do poluzowania zapieczonych śrub). Prostokątne łoże wycentrowaliśmy na lawecie i zapięliśmy pasami. Na to wskoczyła Sportina i pozostałe elementy. Upewniliśmy się (po raz kolejny), że na haku jest 50 kilo a czerwone światło na topie masztu świeci i ruszyliśmy w drogę. Po około 80 kilometrach zatrzymaliśmy się na stacji w celu sprawdzenia czy żadne mocowanie nie puściło. Równie dobrze mogliśmy zalać wszystko betonem. Zadowoleni odjechaliśmy. Łódka w lusterku wstecznym to mocno osobliwy i jednocześnie wielce cieszący oko widok.

Miejscem przeznaczenia był hangar obok przystani klubowej, w której planowałem zwodować łódź w przyszłości. Ze względu na zaplanowane prace potrzebowałem dachu nad głową i pokładem. Na miejscu czekał na nas szef klubu Andrzej, którego poprosiłem o pomoc. Do portu przyjechaliśmy w nocy, zaczynało mżyć, temperatura spadła do niekomfortowego poziomu. Laweta wjechała pod dźwig (bez dźwigu ani rusz), łódź do góry i najszybciej jak mogliśmy skręciliśmy portową. Gdy opuszczałem łódź na przyczepę Andrzej podszedł do mnie, klepnął w plecy i powiedział:
- Dzisiaj jest jeden z dwóch najszczęśliwszych dni dla armatora. Kupiłeś łódź. -
- Już się boję jaki jest ten drugi? - odparłem zmachany od kręcenia łańcuchem dźwigu
- To proste. Dzień w którym ją sprzedaż. -

Portówka zapięta na hak i w drogę do hangaru. Skończyliśmy około pierwszej w nocy. Rano do pracy a tu jeszcze trzeba oddać lawetę ale to inna historia. Wróciłem do domu zmęczony z poczuciem dobrze wykonanej pracy. Nie czułem jednak tego, ze kupiłem łódź. Ciężko mi to opisać, bo było to dziwne uczucie a raczej jego brak. Coś jak pełna pustka. Łódź niby jest ale jeszcze długo nie popływa.

Następne miesiące to praca. Jeden dzień każdego weekendu plus kilka dni z doskoku, wyjazd wcześnie rano i powrót po zmroku. Wedle początkowych hurra optymistycznych założeń wodowanie całkowicie wyremontowanej łodzi nastąpi już w maju. Pierwszy dzień w hangarze zweryfikował plany. Podzieliłem listę prac na 4 kategorie i zakasałem rękawy.

niezbędnie natychmiast:
- usunięcie uszkodzonych elementów w konstrukcji na dziobie
- demontaż, czyszczenie, uszczelnienie i montaż listew wózków foka
- sprawdzenie szczelności okien i forluku
- naprawa popękanych siedzisk
- spryskanie wszystkiego środkiem grzybobójczym
- poprawa naciągu relingów

chcę już:
- zdarcie obicia na ścianach i suficie w kambuzie
- odmalowanie wytarć zabudowy kuchni i skrzyni mieczowej
- zastąpienie zdartego materiału topkotem
- zorganizowanie silnika
- sprowadzenie lin do kokpitu
- skompletowanie funkcjonalnej apteczki jednej dal ludzi drugiej dla łodzi

konieczne w przyszłości:
- zastąpienie starych lub uszkodzonych drewnianych elementów
- wymiana przewodu gazowego do achterpiku
- zastąpienie obicia topkotem w całym wnętrzu

Było by fajnie w przyszłości:
- wymiana instalacji elektrycznej i podłączenie możliwości zewnętrznego ładowania
- wymiana listwy odbojowej
- wymiana salingów

Jak było do przewidzenia święto wodowania przesunęło się o półtora miesiąca a zakres wykonanych robót nie pokrywał się w całości (pfff połowie) z założeniami. Zdołałem:

- osadzić uszczelnione listwy wózków
- odtworzyć uszkodzone elementy na dziobie
- poprawić siedziska boczne do stanu umożliwiającego korzystanie
- wyrzucić stary zwisający lub ledwo trzymający się materiał
- położyć topkot w śródokręciu
- zorganizować przyjemny 4-ro konny dwusuw
- pozbyć się nieprzyjemnego zapachu z wnętrza i achterpiku
- plus kilka mniejszych spraw

O pomoc przy wodowaniu poprosiłem oczywiście lepszą połówkę i znajomych w zamian oferując grilla (Justyna, Marta, Hubert, Krzysiek wszystkim jeszcze raz dziękuję). Widziałem to tak. Przyjeżdżamy, łódź na wodę, my na łódź, runda na jeziorze, smażona karkówka, zimne piwo i fajrant. Plan był niezwykle prosty a przez to elegancki. Ah, jak bardzo człowiek może się pomylić. Stawiliśmy się na przystani w bojowym nastroju, na miejscu okazało się, że ktoś niestety zapomniał oddać pasów do wodowania i nie odbiera telefonu. Na slipowanie się nie zdecydowałem ze względu na konstrukcję przyczepy, owszem niby można by było spróbować ale nie chciałem nic uszkodzić. (później miało się to okazać dobrą decyzją) Żeglarze się nie poddają przed czymś tak błahym i w końcu udało się je zorganizować. Wózek dźwigu opuszczony, pasy przygotowane, idziemy jakieś 200m do hangaru po Sportinę. Wracamy po kilkunastu minutach i musimy czekać bo ktoś zając teren slipu nad którym stoi dźwig, no nic czekamy. W końcu pasy napinają się na kadłubie, w głowie mam tylko jedną myśl czy pasy się nie wyślizgną, wiatr lekko buja gdy kadłub odrywa się od przyczepy. Wtedy głos z brzegu alarmuje:
- miecz się opuszcza -
- nie może się opuszczać bo go wybrałem i zablokowałem -
- wcale mu to nie przeszkadza i idzie w dół
- ... - po słowach nie nadających się do cytowania delikatnie opuszczam łódź

Ten egzemplarz Sportiny 595 ma miecz obrotowy, którego położenie regulują korba w kokpicie. Ponownie sprawdzam położenie i blokadę korby, z oględzin wynika, że miecz powinien iść tam gdzie łódź. Do góry. Znowu kręcę łańcuchem podnośnika tym razem spokojniej. Miecz zostaje na przyczepie. Odkręcam deskę zaślepiającą mechanizm korby. Problem widać na pierwszy rzut oka. Stalowa lina spadła z bębna i zablokowała zębatki. Z pomocą drugiej pary rąk rozkręcamy na szybko mechanizm, który nie został zaprojektowany do rozkręcania na szybko. Powoli nawinęliśmy od nowa linę, zamontowaliśmy całość. Trzyma. Trzecie podejście do dźwigu. Tym razem poszło gładko. Sportina z gracją osiada na wodzie. Cóż za chwila. Odciągamy ją na cumach w pierwsze z brzegu wolne miejsce i bez problemu montujemy silnik na pantografie. Używana Yamaha pali jak złoto już od czwartego razu. Pierwszy przelot jako sternik własnego jachtu wykonam na druga stronę basenu portowego. Opuszczam trochę miecz, a raczej chcę opuścić. Ani drgnie. Czas powoli się kurczy, nie ma czasu na przestoje. Przechodzę na docelowe miejsce postojowe z samym silnikiem. W takich warunkach żaglówka idzie jak żelazko po lodzie. Cumujemy longside i montujemy takielunek. Byle zdążyć przed wieczorem. W międzyczasie dziękuję myślami człowiekowi, który wymyślił otwory inspekcyjne. Zaglądam do skrzyni miecza i z ulgą wypuszczam powietrze, potem śmieję się z własnej głupoty. Po poprzednim problemie z mieczem zaciągnąłem go tak mocno, że węzeł mocujący linę do miecza wkręcił się w pierwszy bloczek. Po krótkim tańcu śrubokrętem miecz działał jak marzenie.

Pozostało już tylko kilka rzeczy. Osadzić maszt, napiąć sztywny sztag, naciągnąć wanty, zrobić wodzik achtersztagu i posprzątać. Układając w głowie plan realizacji poszczególnych etapów poszedłem uprzątnąć przyczepę portową i dźwig. Po kilku minutach podeszła do mnie koleżanka
- Chodź jest problem
- Jakże by inaczej - pomyślałem - dlaczego nikt nie może przyjść i powiedzieć cześć, nic się nie dzieje, tak tylko przyszedłem, żeby powiedzieć, że wszystko jest w porządku - dokończyłem na głos poprzednią myśl. Idąc do zacumowanej łodzi, zobaczyłem kątem oka jak w krzaki nurkuje ten cholernik Murphy. Znajomi stali przy Sportinie w pozach wyrażających rozczarowanie i zawód. Wiecie o jakie pozy mi chodzi. Podparcie pod boki z zaciśniętymi ustami. Dłoń jednocześnie podpiera brodę i zakrywa usta. Założone ręce na piersi i kręcenie głową.
- Przecieka -
- Co?! Jak? - takie pytania wychodzą z człowieka automatycznie i są w sumie zbędne bo wystarczy się chwilę zastanowić i samemu dojdzie się do odpowiedzi. Tak jak w przypadku gdy ktoś upadł, potem wstaje obolały a my pytamy czy żyje.
- Bierze wodę. Sporo -
- ... - w tym miejscu nie pada niecenzuralne słowo, nie pada żadne słowo. Siadam na betonowym nabrzeżu zrezygnowany rozmyślając o ";silach i środkach" włożonych w żaglówkę. Czy popełniłem błąd? Pewnie tak. Czy czegoś nie dopilnowałem? Z pewnością. Może trzeba było się wstrzymać z zakupem do czasu gdy można było by obejrzeć łódź na wodzie? Może trzeba było nie wierzyć na słowo i podwójnie albo potrójnie sprawdzić. Z całą pewnością trzeba było trochę więcej cierpliwości w podejmowaniu decyzji. A tak, widziały gały co brały. Łódź na wodzie, woda w łodzi.

W takich chwilach trzeba wstać, zakasane rękawy jeszcze trochę podciągnąć i działać. Od siedzenia nie przybędzie a lubię myśleć że dla żeglarza synonimem do słowa problem jest przygoda. Ciągnięcie fałów, szorowanie pokładu, wybieranie wody z zęzy "bo to dla żeglarzy trud codziennych prac". Po krótkiej chwili uzbierało się półtora wiadra wody. Szlag. Zeszliśmy z łodzi żeby odciążyć kadłub i czekamy. Kręcimy się w kółko upewniając wzajemnie, że będzie dobrze. Odczekaliśmy godzinę sporadycznie zaglądając pod pokład. Nie jest źle. Woda przesączała się a nie przeciekała. Uzbierała się szklanka. Szybka konsultacja z bardziej doświadczonymi kolegami przynosi okruch nadziei. Jeśli dziura nie jest duża to można doraźnie zastosować klej wiążący w wilgoci. Dziewczyny pilnują przecieku, reszta pomaga w stawianiu masztu. Chwilę później, po dociągnięciu want, ustawiliśmy łódź dziobem do nabrzeża. Słońce zaczyna ukrywać się za drzewami. Cumy wybrać i obłożyć. Na dziś praca skończona.

Nazajutrz z lepszą połówką z samego rana przyszliśmy na przystań z duszą na ramieniu i klejem w ręce. Łódź na szczęście jeszcze jest żaglowa a nie podwodna. Szybka ocena stanu, przeciek profesjonalnie mierzony na szklanki dał wynik pomiarowy rzędu niepełne dwie. Mogło być gorzej. Winne okazało się pęknięcie laminatu w ścianie skrzyni mieczowej, rysa grubości kartki papieru, niemal niemożliwa do weryfikacji na lądzie w ciemnym hangarze. Przystąpiliśmy do napraw. W warunkach zbliżonych do idealnych powierzchnię należ oczyścić, osuszyć i odtłuścić. W rzeczywistości cieknąca woda troszkę przeszkadza ale chyba się udało. Woda zaczęła przeciekać 5 cm obok, z dziurki, którą wzięliśmy za zabrudzenie. Po jej zaklejeniu pociekło ze szczeliny wcześniej wziętej za rysę w laminacie. Uroki poznawania używanej łodzi. Na razie przestało. W najbliższym czasie łódź wróci na ląd, potem suszenie i naprawa z prawdziwego zdarzenia. Póki co musi wystarczyć.

Po wczorajszym upadku morale wraca nadzieja. Po raz pierwszy mamy okazję sami posiedzieć na pokładzie i po prostu tam być. Łódź lekko kołysze się na delikatnych falach, fał grota stuka o maszt. Stęsknieni patrzymy na jezioro, już niedługo "żagle pójdą w górę wiatr mnie pogna w przód". Schodzimy na ląd, idziemy w kierunku pilnych obowiązków dnia codziennego. Przez jakiś czas nie wystarczy czasu na prace bosmańskie. Może w przyszłym miesiącu. Odwracam się żeby jeszcze raz rzucić okiem na Sportinę, na moją pierwszą w życiu własną żaglówkę.

Nie jest taka jak sobie wymarzyłem. Dopiero będzie!

DSC_5631.jpg
Zacumowana w porcie
Plik ściągnięto 149 raz(y) 1,89 MB

DSC_5605.jpg
Lewa burta ze schnącym topkotem
Plik ściągnięto 94 raz(y) 1,35 MB

DSC_5601.jpg
Prawa burta po pierwszej warstwie
Plik ściągnięto 92 raz(y) 1,21 MB

DSC_5564.jpg
Oczyszczona prawa burta
Plik ściągnięto 92 raz(y) 1,42 MB

DSC_0421.JPG
Dziób na samym początku prac
Plik ściągnięto 114 raz(y) 5,63 MB

DSC_5413.jpg
Pierwsza noc w nowym miejscu
Plik ściągnięto 64 raz(y) 1,09 MB

DSC_5411.jpg
Praca w takich warunkach stwarza zagrożenie dla zdrowia, niestety nie było innej możliwości. Łódź na dźwigu w nowym porcie.
Plik ściągnięto 64 raz(y) 1023,74 KB

DSC_5410.jpg
W drodze do nowego portu
Plik ściągnięto 90 raz(y) 1,76 MB

DSC_0375.JPG
Pierwszy kontakt wzrokowy
Plik ściągnięto 94 raz(y) 4,81 MB

 
 
jacekV
[Usunięty]

Wysłany: 2017-06-26, 17:31    [Cytuj]

Świetna opowieść !!!

GRATULACJE i życzę powodzenia oraz wytrwałości !
 
 
~Pajki
Karol Pajka

Pomógł: 24 razy
Wiek: 33
Dołączył: 26 Lut 2010
Posty: 791
Skąd: Warszawa Bemowo
Wysłany: 2017-06-26, 17:39    [Cytuj]

Masz talent do opowiadania. Gratulacje! Pisz swoją historię dalej, a łódka Ci się odwdzięczy. Jak będziesz w Jachrance, to pozdrów resztę klubu. Trzymam kciuki za dalszy remont i życzè satysfakcji z użytkowania jachtu.
 
 
<|Tobo

Pomógł: 46 razy
Wiek: 43
Dołączył: 04 Cze 2015
Posty: 3431
Skąd: ok.Łomży
Wysłany: 2017-06-26, 17:49    [Cytuj]

Pozdrawia Cię właściciel też Sportiny 595, też z mieczem obrotowym, też dopiero co kupionej, też z kilkoma "niespodziankami" :-)
Dziwnie masz zamontowany achtersztag.
Będę miał prośbę o zdjęcia suwklapy ( u mnie jest spi...ona - woda leci do środka, muszę nakładać mini-tent), zimą będę chciał zrobić podobnie jak jest u Ciebie.

IMG_0292.JPG
Plik ściągnięto 100 raz(y) 2,19 MB

 
 
Lex

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 22 Cze 2017
Posty: 15
Wysłany: 2017-06-26, 18:49    [Cytuj]

Dziękuję i również pozdrawiam.
Zdjęcie jeszcze z hangaru zimą ale widać co trzeba. Klapa wsuwa się pomiędzy dach łodzi a wannę suwklapy. Wanna powinna zbierać ściekającą wodę i odprowadzać do skrzyni mieczowej, oczywiście pod warunkiem, że wszytko działa bez zarzutu.
Achtersztag nie jest w swojej finalnej formie. Czekam na bloczki i będę go ponownie montował. W tej chwili jest na jednym bloczku przy linie stalowej a na dole podwiązany do bramek relingu (nie jestem pewien czy tak to się nazywa)

20170301_163557.jpg
Suwklapa
Plik ściągnięto 109 raz(y) 3,74 MB

DSC_5622.jpg
Lepszy widok na achtersztag
Plik ściągnięto 134 raz(y) 2,74 MB

Ostatnio zmieniony przez Lex 2017-06-26, 18:55, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
<|artiosso
Hej Mazury !

Pomógł: 59 razy
Wiek: 53
Dołączył: 01 Wrz 2015
Posty: 6205
Skąd: Uć k...
Wysłany: 2017-06-26, 19:35    [Cytuj]

@Lex !

Gratulacje.
Piękna opowieść, ładnie napisana .
Stwierdzam, że linia Sportiny wcale się nie zestarzała.
Sportina z Twoich zdjęć wygląda bojowo i zadziornie.
Jak całość ogarniesz i wytrymujesz, to zapraszamy z Lepszą Połówką
na nasze Jesienne Regaty Forumowe 9.09 .

Wątek tej imprezy pod tym linkiem :
https://forum.mazury.info.pl/viewtopic.php?p=265293&sid=66d621a5d22c69577ca17f037f954bc6#265293

Tomek @Tobo na pewno ucieszy się z możliwości klasowej rywalizacji.
Ostatnio zmieniony przez artiosso 2017-06-26, 20:26, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
~Agnieszka14

Pomogła: 21 razy
Dołączyła: 29 Wrz 2016
Posty: 521
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-06-26, 20:09    [Cytuj]

Piękna historia, świetny jacht.
To jest właśnie to w maniu swojej łódki. Aż sie cieplej przy serduszku robi.
Stopy wody!
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

MAZURY INFO PL - KONTAKT

| strona główna | internet | o serwisie |
(C) 2008 Copyright by mazury.info.pl

CZARTER JACHTÓW NA MAZURACH NOCLEGI NA MAZURACH